widze, ze dawno tu nikt nie zagladał...
ja opiszę co mi sie w zeszlym roku przydarzyło.
generalnie lubie takie histirie, lubię sie trochę bac, ale sama nigdy nie mialam do czynienia z niczym paranormalnm, aż do tamtego wieczoru...
byłam z moim mezem i kilkumiesięczną wówczas córeczką u moich rodziców w domu, w mieście z którego oboje z mezem pochodzimy.
ale od początku! mój maż miał bardzo schorowana babcie. miala parkinsona i inne choroby starcze, chorowala od dawna i byl z nią słaby kontakt, chociaż dziadek twierdził, ze ona wszystko rozumie. babcia nie widziala jeszcze naszej córeczki, bo na codzień mieszkamy daleko, a poza tym była pod opieka swojego syna z którym generalnie rodzice meza byli w konflikcie. mielismy z meżem jakieś przeczucie, ze trzeba jechac z córcią i pokazac ja babci, ale przekladaliśmy to z dnia na dzień.
tak więc siedzieliśmy sobie u moch rodziców i toczylismy rozmowy polityczne (gorące historie sexafery w samoobronie

), aż nagle mój maż mówi, ze widział cos za oknem (rodzice mieszkają w domku, a za oknem w którym mąz coś ujrzał jest ogród a za nim pole). mój tata, znany w okolicy agnostyk uznał, ze to kot i wrócil do rozmowy. mnie jedynie ciarki przeszły i powiedziałam 'weź nie strasz!"temat sie jednak urwał i nikt sie nad tym nie rozwodził.
nastepnego dnia wybieralismy sie do babci, w końcu pokazać naszą córeczke. o 13 zadzwoniła teściowa z zapytaniem, kiedy mamy zamiar sie tam wybrać, a za godzine dostalismy od niej kolejny tel. ze juz mamy nie jechac, ze babcia właśnie zmarła... maz pojechał do dziadka, wspierac go w tej trudnej chwili i pomóc zalatwiać formalności. po pewnym czasie zadzwonil i powiedział, ze zostalismy mylnie poinformowani, bo babcia nie zmarła dzis, ale wczoraj. spytał, która mogła być godzina, jak zobaczył to cos za oknem? ja odp., ze koło 21, bo akurat córeczkę usypialam, a maż na to, ze babcia odeszła wczoraj koło 21...
córka tego wieczora usneła nadzwyczaj spojnie, bez smoka i bez lulania w wózku, nawet nie wiedzialam kiedy...